2011-01-02 21:43:38 >> Tajemnicza Wyspa - 20 lat późniejOto książka, która zrobiła ze mnie nerda jeszcze we wczesnym dzieciństwie. Jak miałem lat zaledwie naście, a pewnie i trochę mniej to pochłaniałem książki Verne'a w każdej, dowolnej ilości i o ile inne tytuły tego autora też są fajne i też mi się podobały to jednak Tajemnicza Wyspa zawsze pozostawała - i najwyraźniej pozostaje - moim faworytem. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz ją czytałem. Bah, nie pamiętam nawet czy czytałem ją sam czy ktoś mi przeczytał. Co natomiast pamiętam, że o ile później miałem sporą przerwę, to i tak czytałem ją naprawdę wiele razy. Co swoją drogą jest powodem, dla którego zachciało mi się kopnąć tego bloga i wskrzesić go z letargu. Tak sobie pomyślałem, że jest sporo książek, które praktycznie czytam na okrągło (albo które w przeszłości czytałem na okrągło). Owszem, posiadam lj-a, ale na nim mam w zwyczaju pisać po angielsku i nie jest powszechnie dostępny. W przeciwieństwie do tego miejsca. A że ostatnio zabrałem się za pisanie wreszcie nieco poważniej - po katastrofalnej porażce Yary, której nadal nie umiem wyrwać z literackiego bagna - to potrzebuję miejsca do czegoś na kształt artystyczno-literackiego zrzędzenia. Bo owszem jestem nerdem, jestem komputerowcem-okularnikiem (dobra, okularnikiem bywam tylko czasami na moje szczęście), ale obawiam się, że na dłuższą metę moja Torreadorska natura wygrywa z każdą z tych rzeczy. Mówiąc krótko prędzej wystartuję w NaNoWriMo niż Google Summer of Code. Czy to dobrze czy szkoda tego nie jestem w stanie określić. Bycie komputerowym nerdem jest fajne, ale dawno stwierdziłem, że pisanie to choroba. Jak się zarazisz albo nie daj Bóg urodzisz z bakcylem to nigdy, przenigdy, choćby istniało zyliard ciekawszych, bardziej konstruktywnych i lepiej płatnych zajęć, nigdy się go nie pozbędziesz. A ja się obawiam urodziłem z bakcylem. No, ale wracając do tego, że nie zaczyna się zdań od "ale" czyli do Verne'a i jego Wyspy. Jak przez mgłę pamiętam, że potrafiłem pochłonąć całość na jedno posiedzenie. Plus to, że planowałem zostać Cyrusem Smithem jak dorosnę. Ogólnie zachwyt, podziw i ja chcę jeszcze raz. Toteż kiedy ostatnio nakładem wydawnictwa Zielona Sowa ukazało się nowe tłumaczenie z francuskiego oryginału zapodałem zamówienie świętemu Mikołajowi, który wywiązał się z niego koncertowo i oto otrzymałem nowiutkie wydanie w dwóch tomach. Dossałem się od razu i pierwszego dnia zasiedziałem się do drugiej w nocy. Dzisiaj skończyłem czytać drugą część (zaczętą wczoraj). Porównując z moimi wrażeniami sprzed prawie dwudziestu lat czuję się nieco dziwnie. Owszem, jest to książka dla młodzieży i przez ma pełne prawo być naciągana w tak wielu miejscach, że szwy niebezpiecznie trzeszczą, ale byłem zawiedziony. Teraz mi przeszło, ale pierwsze odczucie po skończeniu pierwszej części było takie, że hej kiedyś to było fajniejsze. Pierwszą rzeczą, która mi się rzuciła do oczu był fakt, że główni bohaterowie to ludzie zdawałoby się wszechwiedzący, którym w dodatku udaje się wszystko czego się dotkną. Nie dość, że nieoficjalny szef całej "kolonii" zna się na każdej, istniejącej, przemysłowej wiedzy, gałęzi przemysłu, na wszystkich jej szczegółach zaczynając od procesów produkcyjnych, a kończąc na konstrukcji potrzebnego sprzętu to jeszcze ma do dyspozycji dwóch wyborowych strzelców (z których jeden jest nieustraszonym pogromcądzikich zwierząt a drugi chodzącą encyklopedią biologiczną), jednego dyplomowanego kucharza i jednego marynarza, który dodatkowo jest doskonałym rolnikiem i kowalem. Jakby mało było tych cudowności wszyscy są dla siebie niemożliwie uprzejmi i pełni dobrej woli. W całej pierwszej części nie ma ani jednej kłótni, a każdy z rozbitków zachowuje się jak ucieleśnienie cnót i ma na uwadze przede wszystkim dobro reszty, a na samym końcu własne. W dodatku wszyscy są nieustająco zdrowi, pracowici i każda rzecz, którą wyprodukują nawet jeśli nie jest skończonym arcydziełem to przynajmniej działa bez zarzutu. Nie dość, że nie trafiają ich klęski żywiołowe to jeszcze w dodatku z każdego polowania wracają obładowani jak juczne muły. A jakby tego było mało autor obdarza ich nadnaturalnym wsparciem z gatunku deus ex machina, które rozwiązuje problemy, z jakimi sami sobie nie radzą (nie będę spojlerzyć co to jest). Jak już mi przeszło wkurzenie tą całą sielanką i cukrem krystalizującym się przez papier na całym pomieszczeniu, to stwierdziłem, żę hola, owszem może to i jest irracjonalne do granic możliwości, ale to nigdy nie miała być powieść realistyczna. Owszem, Verne wykorzystywał wszelkie dostępne mu fakty, żeby się podeprzeć i uwiarygodnić, ale z drugiej strony podejrzewam (nie jestem Vernem, więc na pewno nigdy nie będę wiedział), że zważywszy na to do jakiej publiki była kierowana i w jakim czasie pisana to ta książka miała mieć też walor nie tylko edukacyjny, ale też kształtujący charakter. Dlatego głównym bohaterem nie może być postać odrażająca czy moralnie wątpliwa. To miały być wzory do naśladowania. Jak się dobrze zastanowić - są. Sam jestem najlepszym przykładem, że jak sobie poczytałem Tajemniczą Wyspę to do dzisiaj pozostał mi wilczy apetyt na wszelkie wiadomości naukowe. Mistrzostwo Cyrusa w chemii, fizyce, inżynierii, metalurgii i ogólnym survivalu spowodowało, że ja sam się zainteresowałem takimi rzeczami, bo "ja też tak chcę". Bo szczerze - czy nie jest totalnie AWESOME jeśli ktoś jest w stanie zbudować wiatrak, zaprojektować statek, skonstruować windę i wyprodukować nitroglicerynę? A dodatkowo zna się na produkcji żelaza, mydła, filcu i potrafi w pamięci policzyć ile zboża wyprodukuje jedno zasadzone ziarenko w przeciągu dwóch lat zakładając dwa zbiory w roku? Dla takich nerdów jak ja - jest. I dodatku nie jest paskudnym, niemiłym, egocentrycznym mrukiem czy niebezpiecznym szaleńcem. Wprost przeciwnie jest powszechnie lubiany, szanowany, a ludzie go słuchają. Złe wieści dla tej książki są takie, że nie jest dla każdego. Trzeba przeżyć kompletny brak kobiet, antyczne wprost podejście do Murzynów (prostoduszni, ale w gruncie rzeczy dobrzy w swoim zdziecinnieniu idioci) oraz - że zacytuję Castle'a - dont ruin my story with your logic! Verne nie zawsze ma dobre informacje na temat rzeczy, roślin, zwierząt itd, o których pisze. Nie jeden raz pochrzaniły mu się daty ( co tłumacz w przypisach prawie zawsze opisuje) oraz potrafi się sam we własnym opisie zaplątać (jak opis dzikich manewrów na statku, które nie miałyby szansy być w rzeczywistości wykonalne). Mimo to nie mogę sobie przypomnieć żadnej współczesnej książki, która by była tak niesamowicie optymistyczna. I to jest chyba najfajniesza rzecz z tego wszystkiego. Ludzie są dobrzy. Ciężka praca i wiedza pozwolą ci przetrwać w każdych warunka, a dobro ostatecznie, pomimo wielu ofiar i przeciwności, zawsze zatryumfuje. Gdzie indziej można znaleźć takie przesłanie? Tagi: recenzja, książka, nerd, verne skomentuj (1) |
|
|||||||