2011-08-12 17:25:19 >> Social media ... stink http://geekfeminism.wikia.com/wiki/Who_is_harmed_by_a_%22Real_Names%22_policy%3F
Link jak wyżej. I jeszcze ten miły człowiek (or not człowiek) ma coś ciekawego do powiedzenia w tym temacie:
Wszystko wskazuje, że wracam na bloga. Po różnych perypetiach z :
- twitterem
- fejsbuniem (z przymusu, z niechęcią i obrzydzeniem)
- g+ (g***o plus ??? człowiek się zastanawia)
doszedłem do wniosków iż :
- pomysł z WŁASNĄ stroną, WŁASNĄ domeną i WŁASNĄ usługą pocztową był zaiste słuszny
- there is no free lunch, a nawet firma (korporacja), która ZDAWAŁA się być najsensowniejsza z nich wszystkich ma takie tony za uszami, że ja się dziwię nienaruszoności ich karków
Poza tym jak już ktoś mądrze napisał i nawet książka o tym jest (http://www.databasenation.com/home.htm) i żeby to jedna (http://craphound.com/littlebrother/) wszyscy krążący po sieciuni są zagrożeni śmiercią prywatności.
A teraz różni frajerzy usiłują wmusić ludziom, żeby posługiwali się legalnymi imionami i nazwiskami zamiast pseudonimów. Ok, można by stwierdzić. Chodzi o elementarną uczciwość w kontaktach międzyludzkich itd itp W końcu człowiek na drugim końcu kabelka nie widzi twojej gęby i nie może mieć gwarancji, że w istocie rozmawia z Zuzią lat 13, a nie Markiem lat 48.
Toteż takie potwory co to mają ochotę udawać różne Zuzie powinny nie mieć takiej możliwości. Jak bardzo nie byłbym przeciwny udawaniu Zuzi w celach kryminalnych (co powinno być wykryte, udowodnione i sądownie ukarane) to naprawdę uważam, że jeśli Ahmed lat 34 udaje Zuzię lat 13, bo jakby nie udawał to a) wsadzą go do paki za poglądy polityczne b) rodzina wypieprzy go z domu bo jest gejem c) pracodawca go wyleje bo organizuje strajki d) naprawdę cholera jasna lubi pierdz....one KUCYKI, jest cholernym znawcą tematu, ale niekoniecznie ma ochotę, żeby wiedziała o tym cała dzielnica, to powinien do diabła mieć do tego prawo.
Korzystanie z dowolnej formy kontaktów międzyludzkich zakłada poniekąd NIEKIEDY nawet korzystanie z mózgu. A nawet (bossshhh!) takiego wynalazku ewolucji gatunku homo czasami nawet sapiens jak zdrowy rozsądek.
W dodatku internet nie jest pierwszym i jedynym medium komunikacyjnym, w którym trzeba na wiarę przyjąć, że ten, co do Waszmości komunikat wystosowuje jest dokładnie tym, za kogo się podaje. Przypomnę, że podobnie jest i było w przypadku listów.
Owszem nadawca Sulejman Wspaniały może być podejrzany to już A. Mickiewicz nie będzie. Nawet jeśli był kiedyś taki pisarz to pani Adela ma pełne prawo poslugiwać się swoim imieniem i nazwiskiem alibo i pseudonimem literackim, estradowym itd. Nie oznacza to bynajmniej od razu, że Adela jest Adelą bez cienia wątpliwości. Odbiorca może jednynie zakładać, że to pani Adela ten list napisała, a nie ktoś, kto perfidnie jej imię, nazwisko i znajomość z odbiorcą wykorzystuje. Dlatego nawet w wersji analogowej ostrożność (nawet niekoniecznie posunięta do paranoi tylko taka zwykła wersja podstawowa) jest zwyczajnie wskazana.
W dodatku pani Adela sama nawet będąc autorką i nadawcą swojego listu też niekoniecznie musi być Adelą. Może na ten przykład rodzice nadali jej Kunegunda albo i Krystyna, a ona nie życzy sobie - z dowolnego powodu - być Kunegundą Mickiewicz czy Krystyną Mickiewicz.
Jeśli nikomu z tego powodu nie dzieje się krzywda, to czemużby nie miałaby być Adelą? Owszem w sprawach urzędowych, jako że biurokracja nieprzyjazna człowiekowi i zacofana jest, może dalej będzie Kundegundą, ale wszyscy normalni ludzie mają święte prawo, a czasem nawet wskazanie (żeby nie powiedzieć obowiązek) pani Adeli nie Kunegundzić skoro sama zainteresowana sobie tego nie życzy.
Elementarna uczciwość i uprzejmość międzyludzka.
Czy ja jestem uczciwym człowiekiem? Śmiem twierdzić, że tak. Nie gwałcę kanarków i nie zjadam staruszek. Albo na odwrót.
Czy ja mam coś do ukrycia? JAK CHOLERA całe mnóstwo.
Jakbym chciał wystawić całe swoje porąbane życie na widok publiczny startowałbym do jakiegoś reality show, a nie tylko niezobowiązująco popuszczał sobie wentylka na temat spraw, które mnie (bez skojarzeń) ruszają, ku uciesze osób, które mają ochotę to czytać. Bynajmniej nie każę im się legitymować dowodem osobistym, co by mogli z tej przyjemności skorzystać.
Czego swoją drogą nie mógłbym zrobić, bo o ile mnie pamięć nie myli to wylegitymować mogą mnie czy kogokolwiek innego wyłącznie do tego uprawnione firmy w rodzaju policji. I nadal o ile pamięć mnie nie myli i nie mam jakiegoś napadu ignorancji to Google ani Facebook do nich nie należą.
Co innego, że posiadanie prawdziwych imion i nazwisko użytkowników obu tym firmom sprawiłoby wielką radość, bo nie ma chyba na świecie czegoś równie cieszące dla firm marketingowych jak dane osobowe. I choćby tylko dlatego powinny być chronione.
że nie wspomnę o opresyjnych rządach (jak stany)
o stalkerach
złodziejach
włamywaczach
seryjnych zabójcach (im to pewnie jeszcze zdjęcie by się przydało)
gwałcicielach (jak wyżej, zdjęcie poproszę)
... i tak dalej
skomentuj (5) 2011-08-03 20:59:38 >> Królikarnia - Maciej Guzek O książce słyszałem od dobrych paru lat od pewnego przyjaznego Tentakla, że fajne, że wciągające i ogólnie si. No to jak miałem okazję nabyć na empiczej przecenie za dyszkę to skorzystałem. Na tejże samej nabyłem za 5 zeta pierwszy tom pottera co było równie, jeśli nie bardziej, przyjemne jako, że zbieram się do skompletowania wsiech Potterów. Po przeczytaniu mogęz czystym sumieniem powiedzieć, że opinię podzielam, acz nieco zawiedziony i tak byłem. Książka się genialnie zaczyna. Bardzo zwyczajnie, ot główny bohater z lekka zaczyna się przechylać na tą mniej ciekawą stronę zdrowia psychicznego. Pracujący chłopak jest, człowiek sukcesu to i przemęczony i wystarczy jedna zarwana noc i się weźmie i gibnie permanentnie. Niezaspojlerzę przesadnie jeśli napiszę, że w istocie się w pewnym momencie gibie. Tu niestety następuje pierwsze moje "ale" w kwestii tej książki. Nikt mnie nie uprzedził, że to zbiór opowiadań. Ja oczekiwałem ciągłości fabularnej, a tu The End i przechodzimy zupełnie gdzie indziej do głowy kogoś zupełnie innego i owszem jest to urocze&wzruszające, ale hola co z tym pierwszym gościem? Ledwie zdążyłem się przyzwyczaić do nowego głównego bohatera,a tu w wielkim stylu wraca człowiek, który się gibnął owszem sygnowany li i tylko wyłącznie swoimi sztandarowymi rekwizytami, a nie jakimś pospolitym imieniem, ale jest ci to on. Rekwizyty są in plus dla autora, bohaterowie przeważnie na plus takoż, umiejętne grzebanie w popkulturze również. Mam tylko nadzieję, żę kontynuacji nie będzie, bo co siędało wyeksploatować to wyeksploatowane już było, a ostatnie opowiadanie w tym zbiorze jest moim zdaniem najsłabsze. Nie wiem, może dlatego dali je na końcu. Dlaczego upieram się, że to zbiór? Jedyna ciągłość jaka tam jest to chronologia. Owszem przejawiają się bohaterowie co już byli, wspominają czasem co ich spotkało, ale jakiejś jednej wspólnej cechy tych ich przygód nie widzę. Owszem, bez kolesia, co się gibnął ciężko by było potem opisywać dalsze gadżety, ale reszta? Dlaczego akurat te zdarzenia z niewątpliwie bogatej służby (nie drużby, oj nie drużby) bohaterów są opisane a nie inne? Cholera może wie, ale ja na pewno nie. Ostatecznie książka fajna jest. Do przeczytania jak najbardziej. W większości całkiej wciągająca chociaż do ostatniej strony mnie nie trzymała. Tagi: recenzja, książka, fantasy, polskie skomentuj (0) 2011-04-05 22:39:10 >> Brak czasu Nigdy mi się nie wydawało, że jak już dostanę pracę z gatunku takich, co to by można je przy odpowiednich upodobaniach, do końca życia wykonywać, to, że ja będę aż tak panikować. Fajna praca, z fajnymi ludźmi, ciekawa, przydatna ... a mnie ciągle źle. A bo za wolno wszystko robię, a bo to brzydkie, nie takie, za mało umiem, za wolno się uczę i dawaj litania do św Paranoi. Dorabiam w domu, douczam się, czytam "prasę" fachową, panikuję, ale w efekcie jestem tak zmęczony i tak chronicznie nie mam czasu, że spierdzielił mi bity miesiąc i nie zauważyłem. Szkołę też odkładam, bo później, bo teraz nie mam czasu. Brak planowania, brak przygotowania i szlag mnie trafia. Nie wiem czego się spodziewać. Jeszcze 2 miesiące zanim coś się rozstrzygnie, bo na razie jestem w porządnej, histerycznej, toreadorskiej rozsypce. Opowiadania ranmrowego nie ma, żadnego innego też nie, autora zeżarła neuroza i niewiadomo kiedy wypluje. Chwilowo marnuje czas tłukąc w mahjonga jak już mózg odmawia przyjmowania dalszych tutoriali. skomentuj (3) 2011-01-02 21:43:38 >> Tajemnicza Wyspa - 20 lat później Oto książka, która zrobiła ze mnie nerda jeszcze we wczesnym dzieciństwie. Jak miałem lat zaledwie naście, a pewnie i trochę mniej to pochłaniałem książki Verne'a w każdej, dowolnej ilości i o ile inne tytuły tego autora też są fajne i też mi się podobały to jednak Tajemnicza Wyspa zawsze pozostawała - i najwyraźniej pozostaje - moim faworytem. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz ją czytałem. Bah, nie pamiętam nawet czy czytałem ją sam czy ktoś mi przeczytał. Co natomiast pamiętam, że o ile później miałem sporą przerwę, to i tak czytałem ją naprawdę wiele razy. Co swoją drogą jest powodem, dla którego zachciało mi się kopnąć tego bloga i wskrzesić go z letargu. Tak sobie pomyślałem, że jest sporo książek, które praktycznie czytam na okrągło (albo które w przeszłości czytałem na okrągło). Owszem, posiadam lj-a, ale na nim mam w zwyczaju pisać po angielsku i nie jest powszechnie dostępny. W przeciwieństwie do tego miejsca. A że ostatnio zabrałem się za pisanie wreszcie nieco poważniej - po katastrofalnej porażce Yary, której nadal nie umiem wyrwać z literackiego bagna - to potrzebuję miejsca do czegoś na kształt artystyczno-literackiego zrzędzenia. Bo owszem jestem nerdem, jestem komputerowcem-okularnikiem (dobra, okularnikiem bywam tylko czasami na moje szczęście), ale obawiam się, że na dłuższą metę moja Torreadorska natura wygrywa z każdą z tych rzeczy. Mówiąc krótko prędzej wystartuję w NaNoWriMo niż Google Summer of Code. Czy to dobrze czy szkoda tego nie jestem w stanie określić. Bycie komputerowym nerdem jest fajne, ale dawno stwierdziłem, że pisanie to choroba. Jak się zarazisz albo nie daj Bóg urodzisz z bakcylem to nigdy, przenigdy, choćby istniało zyliard ciekawszych, bardziej konstruktywnych i lepiej płatnych zajęć, nigdy się go nie pozbędziesz. A ja się obawiam urodziłem z bakcylem. No, ale wracając do tego, że nie zaczyna się zdań od "ale" czyli do Verne'a i jego Wyspy. Jak przez mgłę pamiętam, że potrafiłem pochłonąć całość na jedno posiedzenie. Plus to, że planowałem zostać Cyrusem Smithem jak dorosnę. Ogólnie zachwyt, podziw i ja chcę jeszcze raz. Toteż kiedy ostatnio nakładem wydawnictwa Zielona Sowa ukazało się nowe tłumaczenie z francuskiego oryginału zapodałem zamówienie świętemu Mikołajowi, który wywiązał się z niego koncertowo i oto otrzymałem nowiutkie wydanie w dwóch tomach. Dossałem się od razu i pierwszego dnia zasiedziałem się do drugiej w nocy. Dzisiaj skończyłem czytać drugą część (zaczętą wczoraj). Porównując z moimi wrażeniami sprzed prawie dwudziestu lat czuję się nieco dziwnie. Owszem, jest to książka dla młodzieży i przez ma pełne prawo być naciągana w tak wielu miejscach, że szwy niebezpiecznie trzeszczą, ale byłem zawiedziony. Teraz mi przeszło, ale pierwsze odczucie po skończeniu pierwszej części było takie, że hej kiedyś to było fajniejsze. Pierwszą rzeczą, która mi się rzuciła do oczu był fakt, że główni bohaterowie to ludzie zdawałoby się wszechwiedzący, którym w dodatku udaje się wszystko czego się dotkną. Nie dość, że nieoficjalny szef całej "kolonii" zna się na każdej, istniejącej, przemysłowej wiedzy, gałęzi przemysłu, na wszystkich jej szczegółach zaczynając od procesów produkcyjnych, a kończąc na konstrukcji potrzebnego sprzętu to jeszcze ma do dyspozycji dwóch wyborowych strzelców (z których jeden jest nieustraszonym pogromcądzikich zwierząt a drugi chodzącą encyklopedią biologiczną), jednego dyplomowanego kucharza i jednego marynarza, który dodatkowo jest doskonałym rolnikiem i kowalem. Jakby mało było tych cudowności wszyscy są dla siebie niemożliwie uprzejmi i pełni dobrej woli. W całej pierwszej części nie ma ani jednej kłótni, a każdy z rozbitków zachowuje się jak ucieleśnienie cnót i ma na uwadze przede wszystkim dobro reszty, a na samym końcu własne. W dodatku wszyscy są nieustająco zdrowi, pracowici i każda rzecz, którą wyprodukują nawet jeśli nie jest skończonym arcydziełem to przynajmniej działa bez zarzutu. Nie dość, że nie trafiają ich klęski żywiołowe to jeszcze w dodatku z każdego polowania wracają obładowani jak juczne muły. A jakby tego było mało autor obdarza ich nadnaturalnym wsparciem z gatunku deus ex machina, które rozwiązuje problemy, z jakimi sami sobie nie radzą (nie będę spojlerzyć co to jest). Jak już mi przeszło wkurzenie tą całą sielanką i cukrem krystalizującym się przez papier na całym pomieszczeniu, to stwierdziłem, żę hola, owszem może to i jest irracjonalne do granic możliwości, ale to nigdy nie miała być powieść realistyczna. Owszem, Verne wykorzystywał wszelkie dostępne mu fakty, żeby się podeprzeć i uwiarygodnić, ale z drugiej strony podejrzewam (nie jestem Vernem, więc na pewno nigdy nie będę wiedział), że zważywszy na to do jakiej publiki była kierowana i w jakim czasie pisana to ta książka miała mieć też walor nie tylko edukacyjny, ale też kształtujący charakter. Dlatego głównym bohaterem nie może być postać odrażająca czy moralnie wątpliwa. To miały być wzory do naśladowania. Jak się dobrze zastanowić - są. Sam jestem najlepszym przykładem, że jak sobie poczytałem Tajemniczą Wyspę to do dzisiaj pozostał mi wilczy apetyt na wszelkie wiadomości naukowe. Mistrzostwo Cyrusa w chemii, fizyce, inżynierii, metalurgii i ogólnym survivalu spowodowało, że ja sam się zainteresowałem takimi rzeczami, bo "ja też tak chcę". Bo szczerze - czy nie jest totalnie AWESOME jeśli ktoś jest w stanie zbudować wiatrak, zaprojektować statek, skonstruować windę i wyprodukować nitroglicerynę? A dodatkowo zna się na produkcji żelaza, mydła, filcu i potrafi w pamięci policzyć ile zboża wyprodukuje jedno zasadzone ziarenko w przeciągu dwóch lat zakładając dwa zbiory w roku? Dla takich nerdów jak ja - jest. I dodatku nie jest paskudnym, niemiłym, egocentrycznym mrukiem czy niebezpiecznym szaleńcem. Wprost przeciwnie jest powszechnie lubiany, szanowany, a ludzie go słuchają. Złe wieści dla tej książki są takie, że nie jest dla każdego. Trzeba przeżyć kompletny brak kobiet, antyczne wprost podejście do Murzynów (prostoduszni, ale w gruncie rzeczy dobrzy w swoim zdziecinnieniu idioci) oraz - że zacytuję Castle'a - dont ruin my story with your logic! Verne nie zawsze ma dobre informacje na temat rzeczy, roślin, zwierząt itd, o których pisze. Nie jeden raz pochrzaniły mu się daty ( co tłumacz w przypisach prawie zawsze opisuje) oraz potrafi się sam we własnym opisie zaplątać (jak opis dzikich manewrów na statku, które nie miałyby szansy być w rzeczywistości wykonalne). Mimo to nie mogę sobie przypomnieć żadnej współczesnej książki, która by była tak niesamowicie optymistyczna. I to jest chyba najfajniesza rzecz z tego wszystkiego. Ludzie są dobrzy. Ciężka praca i wiedza pozwolą ci przetrwać w każdych warunka, a dobro ostatecznie, pomimo wielu ofiar i przeciwności, zawsze zatryumfuje. Gdzie indziej można znaleźć takie przesłanie? Tagi: recenzja, książka, nerd, verne skomentuj (1) 2010-08-11 10:34:20 >> Mikroblogging wins serio, bardziej się udzielam na moim tweeterze niż na moim blogu. Which is lol. ==; ciąg dalszy ranmrowego opowiadania się ... nie produkuje. O_O muszę sobie przypomnieć o co mnie akurat chodziło. Muszę zacząć pisać... ale zamiast tego spędzam weekend czytając ksiażki (co jest rajt), grając (co jest średnio rajt) i ogólnie małżując (co jest bardzo nie rajt). Hm... Tagi: małż, tweeter skomentuj (1) 2010-02-21 19:36:02 >> Fik is BAAAAD Tak! Ultimejtnie! A jeszcze bardzie ultimejtnie źli są ludzie, którzy odpowiadają za odśnieżanie/odkuwanie/dbanie o chodniki przy przystankach. W zeszłym tygodniu szczęśliwie zakończonej sesji i specjalnie na tą okoliczność wziętym urlopie gnałem sobie rączym kłusem do autobusu i co? I fik! Chodnik, a konkretnie śniegowo-lodowe wykroty na nim mnie zaatakowały, moja stopa powiedziała 'chrup' i tak już zostałem. Autobus naturalnie mi odjechał mimo, że plus dla kierowcy, że zaczekał i pewnie się zastanawiał czy się podniosę i dojdę czy raczej nie. Justicar mnie w końcu z ziemi pozbierał, chwilę później kulejąc i kuśtykając dodreptałem do przystanku SKM w justikarskiej asyście. Tak, wiem, powinienem był od razu jechać do domu/na pogotowie/do szpitala/gdziekolwiek. Ale miałem do załatwienia alergologa, u którego nie byłem półtora miesiąca (o pół za długo - podziękowania dla moich cudownych zatok) a z dwojga złego wolę kuleć niż się dusić. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłem do ortopedy (pierwszy wolny termin w poniedziałek - wiem, powinienem się wykłócać, bo coś tak - ale ostatnie na co miałem ochotę i siły to się z KIMKOLWIEK wykłócać. Ja takie rzeczy robię jak jestem w pełni sił i w dobrym nastroju, a nie jak jestem wściekły i jedyne na co mam ochotę to jak najszybciej dotrzeć do domu i żeby mi nikt ani nic 4-ech liter nie zawracał pierdołami (czyli praktycznie czymkolwiek)). Następnego dnia pojawiłem się w robocie gdzie mi się oberwało, że mam natychmiast iść do lekarza. No jak wywlekłem się z pracy zaplanowałem pojechać na pogotowie. Tu można wstawić opis horroru jaki się rozegrał kiedy niesprytnie, zamiast zadzwonić po taksówkę, poprosiłem moją szacowną mamusię o podwiezienie. Nadal jeszcze bulgoczę na ten temat to nie będę się rozwodził, bo tylko mnie trafi bardziej. W skrócie wylądowałem u chirurga, który była bardzo, ale to bardzo lajtowym i zblazowanym człowiekiem. Koniec końców nie mam pojęcia co tak naprawdę mi dolega. To, że spuchnięte, krwiak, siniaki i tak dalej to akurat SAM widzę. Nie potrzebuję do tego chirurga. Jakbym nie widział to prędzej by mi był potrzebny okulista, a nie chirurg. No ale orzeczenie lekarskie było leżeć, ale rzeczony lekarz nie uznał za stosowne zwolnienia mi wystawić "Pojdzie do rodzinnego, to rodzinny wystawi" W efekcie wziąłem urlop do końca tygodnia i sobie leżałem. Sobie leżałem to opis bardzo optymistyczny, bo szlag-mnie-trafiał. Kropka. I wykrzyknik... i co tam tylko. Alas, prowadzę dokumentację (fotograficzną) jak wygląda moja wspaniała opuchlizna (już jej prawie nie ma) i ogólna kolorystyka traumatyzując wszystkich, których się tylko da, a najbardziej moją mamusię (należało jej się) tym jak to wygląda i że mi ścięgna pod skórą widać (bwahahaha). Plus wykorzystuję Ravnosa do robienia mi kolacji,herbaty,obiadu i przynoszenia wszystkiego pod nos, i tylko sobie z cicha bulgoczę, że wolałbym sobie sam przynieść, ale brakuje mi 3 ręki. Plus wypuściłem się dzisiaj do kościoła i w drodze powrotnej odstawiłem monolog wewnętrzny jak to ja teraz wolno chodzę i jak mnie to wkurza jak mnie wszyscy wyprzedzają. Jak nie urok to .... inne rzeczy. Jak widać. Tagi: zima, zuo, fik, chodniki, głupi chirurg skomentuj (4) 2010-02-03 01:11:25 >> Innuendo Jest najbardziej hardcorowy miesiąc ostatniego czasu. Jeszcze nie ma sesji, a ja nie kładę się przed 1 w nocy spać. Cóż, sam to sobie zrobiłem. Miałem full czasu, żeby zrobić wszystkie projekty, to jak zwykle zabrałem się za to w ostatniej chwili. I okazało się trudniejsze niż mi się zdawało. Jak zwykle. Procrastination w pełni. Ale nie o tym chciałem. Różne rzeczy się dzieją, jedne mniej, drugiej bardziej ważne, a w sumie i tak nie ma o czym pisać. Dłubię sobie kolejne opowiadanie Ranmrowe, chociaż aktualnie jest wstrzymane na okoliczność sesji. Ale to wciąż nie to, co mnie zmusiło, żeby odpalić bloga i napisać notkę. Cóż więc to było? Sen sprzed paru miesięcy. Plus oczywiście sto tysięcy innych malutkich rzeczy, które jak się poskładały, to w którymś momencie dostałem mentalną cegłówką w potylicę. Rzecz się tyczy pierdoły. Hm, to znaczy nie do końca. Dla jednych to pierdoła, dla innych najważniejsza rzecz w życiu. Czym jest dla mnie? A to jest bardzo dobre pytanie. Zwłaszcza zważywszy, że ja zwyczajowo uciekam od rzeczy, na których mi najbardziej zależy. Od tych, których najbardziej chcę też. Wyjaśnienie jest proste - jak się dam za bardzo ponieść i zaangażuje to przestanę się kontrolować, a jak się przestanę kontrolować na każdym kroku to .... terrible things will happen. Taka w każdym razie jest teoria. Niezbyt mądra swoją drogą. No i ostatnio bardzo ciężko pracuję, żeby wreszcie przestało mi aż tak zależeć. Plus mnie, któremu nigdy nic się nie śniło zaczyna się COKOLWIEK śnić. Imagine the shock. Plus dowiedziałem się, że facet, które go znam - słabo przeraźliwie, ale on mnie kojarzy a to już coś - od czasów antycznych nieomal nie dość, że chodzi do tej samej szkoły co ja tylko rok wyżej, to jeszcze zaprasza mnie i Ravnosa na sesję Guitar Hero. (ON MA GUITAR HERO TAAAAK!!! *zazdroooooość*) Nie i mnie strzeliło. Co tam, pomyślałem sobie... to znaczy nie ... inaczej.... to jest za grzeczna wersja. Tak naprawdę pomyślalem sobie "Ożesz k....a, ja pierdolę taką zabawę!" Zamierzam się nauczyć śpiewać. To jest jedna z tych rzeczy, które zawsze chciałem robić, ale nigdy nie miałem odwagi. Zacząłem się uczyć grać na skrzypcach tylko dlatego, że za bardzo bałem się powiedzieć sam sobie i rodzicom, że chcę śpiewać. Nie będę czekał aż będę miał wyciszone mieszkanie (żeby sąsiedzi nie słyszeli i się nie śmiali). Oni nie mają wyciszonego i się nie przejmują, że ich granie na gitarze sluchać u mnie w pokoju bardzo wyraźnie. Nie będę czekał aż mój własny głos zacznie mi się podobać (na razie go nie cierpię - długa historia). Na razie musi mi wystarczyć taki jaki mam. Potem się pomyśli co dalej. Zamierzam skorzystać - o ile jeszcze się da - z mojego słuchu ponoć absolutnego (ja naprawdę mam nadzieję, że to jest prawda, a nie legenda rodzinna - ale nawet jeśli legenda to niniejszym pierniczę i nie zamierzam się przejmować). A sen? No coż. Proste. Bardzo proste. Śniło mi się, że mieliśmy zespół: ja, Brzyt, Fukutaichou i Ravnos. I Fukutaichou grał na flecie ... Fajne to było, aż się głupio było obudzić. Ps. Motyw przewodni całej notki: Queen "Innuendo" While the sun hangs in the sky and the desert has sand While the waves crash in the sea and meet the land While there's a wind and the stars and the rainbow Till the mountains crumble into the plain Oh yes we'll keep on tryin' Tread that fine line Oh we'll keep on tryin' yeah Just passing our time While we live according to race, colour or creed While we rule by blind madness and pure greed Our lives dictated by tradition, superstition, false religion Through the eons, and on and on Oh yes we'll keep on tryin' We'll tread that fine line Oh we'll keep on tryin' Till the end of time Till the end of time Through the sorrow all through our splendour Don't take offence at my innuendo You can be anything you want to be Just turn yourself into anything you think that you could ever be Be free with your tempo, be free be free Surrender your ego - be free, be free to yourself Oooh, ooh - If there's a God or any kind of justice under the sky If there's a point, if there's a reason to live or die If there's an answer to the questions we feel bound to ask Show yourself - destroy our fears - release your mask Oh yes we'll keep on trying Hey tread that fine line Yeah we'll keep on smiling yeah And whatever will be - will be We'll just keep on trying We'll just keep on trying Till the end of time Till the end of time Till the end of time Tagi: muzyka, rant, dir en grey, queen, singstar skomentuj (4) |